O CO CHODZI VEGANOM?

Historia jest krótka i spotyka każdego, kto wyklucza ze swojej diety produkty pochodzenia zwierzęcego. Koleżanka z biura zapytała czy zamawiam coś na lunch, a kiedy odpowiedziałam, że mam swoje, odpowiedziała: wow, you are so well-organised! Żeby nie wyjść na jakąś fanatyczkę perfekcyjnej organizacji życia, czyli kogoś, kim nie jestem, odrzekłam jedynie, że specjalnie nie mam wyboru, ponieważ od jakiegoś czasu jestem veganką. U nas w jednym z biur są opcje lunchu podzielone na 3 kategorie: arabic, continental i asian, ale opcji vege niestety nie uwzględniono, więc wyboru naprawdę nie miałam. Oczywiście padło klasyczne pytanie, które sama jeszcze do niedawna zadawałam: what do you eat then? Prawda jest taka, że nigdy dotąd nie jadłam tak zróżnicowanie. A powód jest prosty – kiedy wykluczasz ze swojej diety mięso, jajka i nabiał, zaczynasz czytać dosłownie wszystko o wartościach odżywczych wszystkich pozostałych produktów. I dodawać je do menu.

Okazuje się, że nie ma nic prostszego, niż dieta wegańska. Z początku brzmi strasznie, bo trzeba wprowadzić w życie nowe nawyki, ale jak to z nowymi nawykami – po kilku tygodniach stają się czymś codziennym i naturalnym. I tak też było dla mnie. Oczywiście pierwsza myśl jest taka: co ja teraz będę jeść? Makaron z cukinią?! Dlatego przez pierwsze trzy tygodnie nie mając kompletnie pojęcia, co mogę ugotować, szukałam przepisów  w internecie. A to nie okazało się proste. Dlaczego? Miałam wrażenie, że większość z nich to jakieś zaawansowane przepisy z wieloma nieznanymi mi dotąd składnikami. A moja zasada była prosta: czas poświęcony: ok. 30 minut, składniki: poniżej 8 (i abym każdego składnika nie musiała sprawdzać w słowniku). I pomyślałam, że kiedy nauczę się podstaw, nie zniechęcę się i mogę iść dalej, ale nie odwrotnie.

Czy nie lubię mięsa, jajek i nabiału? Oczywiście, że lubię. Natomiast doszłam do najprostszego odkrycia: jeżeli tylko potrafiłam sobie na nowo stworzyć ulubione śniadanie, nie brakowało mi już ulubionej jajecznicy i twarożku, bo mam moje „nowe ulubione”, a w dodatku składa się ono z samych zdrowych i też smacznych składników. To, że wiesz, że jesz zdrowo, też dobrze robi na umysł. Nie wiem jak, ale to działa.

Więc dlaczego vegan? Z dwóch powodów. Pierwszy zdrowotny: ryzyko zapadnięcia na jakikolwiek nowotwór jest ponoć aż 75% niższe (różne wieloletnie badania). Pamiętam jak na wykładzie z psychologii zdrowia, profesor zwróciła się do grupy i powiedziała: co trzeci z Was umrze na raka, możecie sobie odliczyć. Pewnie, już sobie odliczamy, szczególne, że co drugi na chorobę układu krążenia, a reszta na depresję. Wyśmienita zabawa. Wróciłam do notatek z wykładu i okazuje, że największy wpływ na choroby cywilizacyjne ma styl życia – aż w 53%. Pozostałe to: 16% uwarunkowania genetyczne, 21% środowisko, czy 10% opieka zdrowotna.

Drugi to oczywiście zwierzęta. Osobiście nie idę w skrajność, głosząc, że nie wolno nawet tknąć muchy, ale zabijanie zwierząt na masową skalę, tylko po to, byśmy codziennie mogli jeść mięso, bo nas na to stać? Jak długo jeszcze będziemy udawać, że to nie istnieje? Abstrahując też od kwestii ideologicznej, to mięso jest tanie, a co za tym idzie, jest marnej jakości. Rosół z kurczaka z supermarketu? = Wywar z hormonów. Niewielu z nas ma dostęp do mięsa jakościowego (nie z masowej produkcji) i przyznaję, że gdybym sama miała, jeszcze jestem na etapie, że pozwoliłabym sobie na zjedzenie go raz na kilka tygodni, ale ten sam etap nie pozwoliłby mi już oprzeć swojej diety na mięsie z produkcji masowych…

Kto spróbuje?