O CO W TYM WSZYSTKIM CHODZI

college3

 

pamiętam, jak poszłam kiedyś po południu do kościoła i siedziałam tam w ciszy przez 3 godziny.

pamiętam, jak wstawałam w nocy, szłam do kuchni i jadłam płatki z zimnym mlekiem. robiłam to prawie codziennie.

pamiętam, jak ciebie nie było.

pamiętam, jak w 1 klasie podstawówki kopnęłam kolegę w to miejsce, a on mi oddał w moje miejsce. oboje płakaliśmy, a potem zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi i siedzieliśmy przez 3 lata w jednej ławce. do dzisiaj nie wiem dlaczego go kopnęłam w to miejsce. ale przynajmniej wyjaśniliśmy sobie sprawy z miejsca.

pamiętam opowieści o dzieciach i kobietach w futrach, które szły do gazu. dziadka bliznach na plecach i to, że po ucieczce z obozu, ukrywał się u „dobrych ludzi”. i jego słowa, żebym zawsze była dumna z tego, kim jestem.

pamiętam, jak jeździłam do niego na wakacje i kochałam ten dom, w którym nic się nie zmieniło od 1945 roku. nawet zapach.

pamiętam, jak był zdyscyplinowany, a ja miałam swoje obowiązki. np. uzbieranie wszystkich porzeczek w ogrodzie.

pamiętam, że zajęło mi to 3 dni.

pamiętam, że kiedy miałam 13 lat, moja mama zabrała mnie do mcdonalda na lody i oznajmiła mi, że dziadek nie żyje.

pamiętam, jak płakałam na jego pogrzebie. i wiele dni po pogrzebie.

pamiętam, jak nie wolno mi było dotykać książek, jeśli miałam nakremowane ręce balsamem.

pamiętam kiedy miałam 9 lat i wróciłam z zajęć tańca wcześniej niż powinnam, w przedpokoju w czarnej podróżnej torbie leżał mój martwy pies, którego przed kilkoma minutami przejechał samochód. pamiętam, że upadłam na podłogę, głośno i długo krzyczałam nie.

pamiętam, jak bardzo go kochałam.

pamiętam, jak od następnego dnia już nic nigdy nie było takie same.

pamiętam, kiedy miałam kilka lat, w ogrodzie u babci zrywałam bez, a następnie zamykałam się w  szklarni, gdzie atmosfera wydawała mi się wprost magiczna.  było ciepło, mgliście i dookoła były jedynie gałęzie z pięknie pachnącymi i słodkimi pomidorami.

pamiętam, że znalazłam w domu książkę psychologiczną pt. jak wychowywać dzieci w wieku wczesnoszkolnym i nakrzyczałam na rodziców, że chyba sobie ze mnie kpią.

pamiętam, że tata nauczył mnie tabliczki mnożenia kiedy miałam 4 lata. przez kilka tygodni była to moja ulubiona zabawa odpowiadać na pytania ile to jest 9 razy 8 etc., bo wydawało mi się, że jest tych pytań tak dużo, a ja na nie wszystkie znam odpowiedzi.

pamiętam, jak tata przyniósł mi kiedyś wstęp do psychoanalizy freuda i dał 2 dni na przeczytanie. odmówiłam, bo szłam do komunii i musiałam uczyć się kazań z religii, których w rezultacie nigdy się nie nauczyłam i prawie mnie nie dopuszczono do komunii. nie nauczyłam, bo czytałam wstęp do psychoanalizy. ksiądz mi nie uwierzył, wpisał uwagę i wezwał rodziców do szkoły.

pamiętam, że pierwsze dzieło, które nic nie przedstawiało, powstało w 1910 roku. dało ono początek abstrakcji w sztuce. to był Kandinsky i jego Akwarela abstrakcyjna.

pamiętam, jak uprawiałam seks w ogromnej stodole.

pamiętam też, jak uprawiałam seks w holenderskim akademiku, był to mój pierwszy raz, a on następnego poranka wystawił głośniki za okno i puścił utwór what a wonderful world. miałam 18 lat, on 19.

pamiętam, że po tym utworze poszłam do wspólnej kuchni dla wszystkich studentów z tego piętra i  zrobiłam dla wszystkich jajecznicę. grzybki, które do niej dodałam, okazały się nie tymi grzybkami i należały do studentów prawa.

pamiętam, że wszyscy byliśmy tego dnia szczęśliwi.

pamiętam, jak próbowałam zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.

DO BIUSTU

Untitled

sytuacja wyglądała następująco.

po tej frenezji zwaną życiem rzeczywistym, nastąpił spokój, cięcie. znajduję się nagle w pustym, ogromnym basenie, dokładnie w jego samym środku. woda sięga mi do biustu, stoję nieruchomo, chłonę ciszę. jestem w złotym bikini. nagle dookoła mnie woda zaczyna przybierać jego kolor. mieni się, jest noc, wnętrze przypomina gmach opery, z ogromną ilością kolumn korynckich, okna płoną kwiatami szyb, a na ścianach wisi jakby Rothko w ilości sztuk około 100, jeden i ten sam obraz, copy paste, układane warstwami prostokąty, tym razem o kolorze wody i mojego bikini. płótna bez ram, na środku każdego widnieje napis: bym tylko chciała, by mnie ktoś w końcu… zachwycił.  mija kilka minut, podlatuje ćma i siada na mojej otwartej dłoni, jakby dłoń była światłem. jest pięknie, myślę, wszystko to wzbudza we mnie silne, deliryczne doznania estetyczne, gdzie proste zostało uszlachetnione, pozbawione realności, obdarzone subtelną i silną zarazem indywidualnością, albo jak powiedział Nietzsche, fakty przestały istnieć, tylko interpretacje. chcę tu zostać, podziwiać i czuć, że to wszystko jest produkcją mojego umysłu, że wszystko to moje.

i wtedy zastanawiam się, czy przekaz senny ma formę intelektualnej gry z samym sobą. nie sposób odgadnąć wszystkich możliwości.  a reszta pojawi się sama.

1230 Avenue, New York, czyli loft i love you

Prawda jest taka, że od dawna chciałam przekształcić stronę w miejsce bardziej spoko. Umówmy się, nie wszystkie moje teksty są spoko. Wczoraj dostałam np. maila na długość potrójnego scrollowania, że obraziłam Żydów.  Treść  innego pokazała mi natomiast, że istnieją jeszcze osoby, które nie wiedzą, co to konwencja. To wszystko bardzo ciekawe, pomyślałam najpierw,  ale zamiast się nad tym dalej zastanawiać, wolę sobie chyba czasem zatonąć w inspiracjach, rzeczach często bardziej miłych dla umysłu, niż słowa. Zdefiniowałam to zatem następująco:

JOURNALISTKA is a space to write (as the Hemingway once said „hard and clear”), create, be inspired, and document everything in between. + uprościłam wygląd.

No to zaczynamy. Poniżej moje ulubione wnętrza loftów: surowe, czyli beton & metal & drewno & sztuka.

ab26962af7b6ee13f1f10e60f842d0987e7259ea877048b8c0ab5f1a75a1e8490e75add54e97bbdb32f407b9da8ebe36

4b104129c54cf0a9367e05f92e628f1fd11e640b_m3da8a03f17b27d730dcc99a8f9c2dad2253a8b58045b4da55268a67cf4ae0a24a771445f7083e3296c00d73dda5b85aa187e8e66ad320b98bef40b0ae60d0c5a

Podoba Wam się? :)

serio, co się dzieje z kulturą?

imageedit_2_4849656533

chodzę sobie po tych wszystkich wystawach i jestem tym wszystkim taka znudzona, że aż mi wstyd przed samą sobą. w dodatku inna sprawa, bo jestem jednocześnie też  przerażona. takie Centrum Sztuki Współczesnej, dotychczas moje ulubione, śmie oferować pracę za 1100 zł oczekując w zamian osoby wykształconej z milionem umiejętności. to nawet nie jest żart, to jest po prostu obrzydliwe. nie mówię, że to wina instytucji, ale miliony rocznie idzie na dotacje na kulturę na jakiś żart z betonu pt. Świątynia Opatrzności Bożej, a tu się okazuje, że w samym jej środku mamy coś na kształt chińskiej fabryki wykorzystującej małe dzieci za miskę zupy. co więcej, nie tylko w tej sferze jest problem. poszłam ostatnio do teatru, między jest pani taka kobieca, czy mogę panią przelecieć? a jej odpowiedzią pocałuj mnie w dupę, czy innymi fragmentami prozy i poezji izraelskiego skandalisty Hanocha Levina na podstawie, których opierała się sztuka, sprawiło, że wyszłam w pierwszej przerwie. kobieta z papierem toaletowym na głowie recytująca coś na styl statusów Agaty Passent. serio, co się dzieje z kulturą? to teraz trzeba wszędzie epatować skandalem? dupą? teatrem wypełnionym serialem m jak miłość, by przyciągnąć debilki sprzed telewizorów zazdrosnych o przemiany botoksowe polskich celebrytek, w przerwach czytających życie gwiazd i spędzających weekendy w złotych tarasach, by z ciuchów Zara wywróżyć, że tak, jesteś tego warta? serce już nawet nie pęka, bo w tym kraju dawno wszystkim serca pękły.

życie bardziej jedwabiste.

imageedit_1_8947320714

iść ulicą i udawać, że szukasz sensu, wiedząc doskonale, że sens jest metafizyczną cieczą, raz jest, raz go nie ma. raz człowiek jest, raz go nie ma. raz jesteś, raz ciebie nie ma. i nie mieć nic do powiedzenia, bo to wszystko staje się właściwie nieistotne – polityzacja życia, kultura chciwości, popkultura, sztuka, parytety, czy minister podróżował za nasze pieniądze, polska transformacja, ideowa próżnia, uczucia, brak kultury kompromisu, postępujący nihilizm, imperatyw stawania się sobą, opinie, nie chcesz mieć opinii.  co więcej, trzeba się w końcu przyznać samemu sobie, że propagujesz ideę anarchistycznego indywidualizmu i tak jak zauważył Kaźmierczak, skazujesz się na taki offside, polegający na tym, że trudno tobie, o ile posiadasz jakiś poziom samoświadomości, podążać z tłumem, żyć tymi wszystkimi sprawami.  Polska stała się elastyczna – piszą na pierwszej stronie, a ja wracam taxi do domu, w której kierowca to muzyk z  filharmonii narodowej, bo wie pani, nie starcza.

więc wierszem Snydera z Rozstania z Claudem Dalenbergiem:

A czemu się nie upić
nie przesiedzieć nocy twarzą do księżyca
nie otworzyć serc
jak to czyniono dawniej?

Nocleg w hotelu, przylot do Polski, jesteś podła

imageedit_1_8055241178

nie chcę ciebie tu, ale zabiorę w miejsce z którego  helikopter MI – 8 zabierze nas w miejsce z którego rozpoczniemy wędrówkę. W miejsce. Miejsce rozpoczęcia wędrówki uzależnione będzie od panujących warunków lodowych. Miejsce, miejsce, miejsce, Ty. Potem niezapomniany nocleg w namiotach wyprawowych na dryfujących krach lodu. Nie będę z tobą uprawiał seksu, prędzej bym cię zabił. Dotrzemy do Bieguna Północnego, skąd będziesz mogła zadzwonić i opowiedzieć w jak niezwykłym znajdujesz się miejscu! Helikopter zabierze nas do bazy Barneo Ice Camp, a wieczorem odlecimy do Longyearbyen, miejsce, nocleg w hotelu, miejsce, przylot do Polski, jesteś podła.

Udław się. Skopiowałeś połowę tekstu.

Wiadomo.

P.S. nie pojechałabym, drzwi percepcji są tylko jedne.

Strasznie to wszystko durne

imageedit_1_8525964729

najpierw chciałam dać tytuł „życie jest absurdem”, ale pomyślałam, że wy pomyślicie. a przecież nikt z nas nie chce, by ktoś coś pomyślał. później dałam tytuł „nie każdy wie, że lalka barbie ma najczęściej problem ze stawem biodrowym”, bo barbie, bo problem, bo ona też, więc na jedno wychodzi. ale stanęło na powyższym, postanowione. postanowiłam też sobie pisać z małych liter. dużo rzeczy sobie postanawiam ostatnio, taki u mnie całoroczny sylwester trochę, ale oczywiście też i styczeń, bo nic nie wdrażam w życie. bo jest mi przykro, że tak bardzo wiem, że życie jest absurdem. jednak. wy też wiecie, ale wszyscy nie mamy trochę wyjścia, by albo udawać inaczej, albo szukać balansu, zen, jeść kiełki, powtarzać sobie, że tylko spokój nas uratuje, myśleć zamiennie z nie za dużo myśleć,  a później leżeć w kocu z bawełny australijskiej popijając melisę z jagodami goji, w kropce sukcesu sprawdzać swoje notowania na giełdzie. albo w exelu. albo raportach. czy starczy na kredyt. czy mogę jej kupić ten z czerwonym rubinem, albo nie, to pojedziemy do azji, a nie, teraz nie azja, teraz brazylia, ale może kupimy dom, bo chcesz ogródek i swoje pomidorki cherry, ale nie, bo więcej godzin będę pracował,  a wiesz, dziecko nam urosło, a może drugie, nie, nie chcesz stracić swojego slim fit, S, 36, oczywiście, rozumiem, ja też chcę, byś była seksem, bym nie musiał cię zdradzać i zapisywać się na tenisa, by nie rozmawiać z tobą w poniedziałki o zakupach papieru toaletowego. także.

ale powyższy akapit to małe odreagowanie kilku minut z kobiecym magazynem. wiem, że mają one za zadanie inspirować, podnosić na duchu, że ty też możesz, umiesz, i wszystko, szczególnie ten jeden, ale nie ma najnowszego numeru jeszcze w sprzedaży, więc nie będę tu o tytułach. mnie w każdym razie zdołował. wszystko bardzo zen, wszyscy bardzo mądrzy życiowo, nagle kończy lat 30 i ona teraz już wie, gówno wie, wyobrażam sobie powiedziałby Ginsberg, bo nikt nic nie wie, i wiesz, że wszystko fajnie, bo nie ma wyjścia i w dobie przesytu konsumpcjonizmem i wyścigiem za właściwie do dziś nie wiadomo czym, warto pójść w ten zen, minimalizm, prostotę, tylko wciąż – strasznie to wszystko durne. bo ile można szukać balansu wiedząc, że i tak wszyscy wiszą na tych huśtawkach emocji. że każdy w końcu się budzi i wie, że to nie. że nawet ten absurd jest absurdem.

i nagle dochodzi do jakiejś niezwykłej eksplozji wyobraźni, i znowu od początku, co lepsze, i właściwie dlaczego.

wiecie, że Michel Foucault w latach 1970-1984 zasiadał w Collège de France na specjalnie stworzonej dla siebie katedrze „Historia systemów myślenia”? a jego drugą publikacją była „Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu”? nie wiem, uznałam to za interesujące.

 

chińska fabryka produkująca status klasy średniej pośrodku francuskiego pola lawendy

imageedit_1_5193956509

wyobraźmy sobie miejsce przypominające azjatycką wyspę. ale wyspa nie jest wyspą, a strzępami kilkumetrowych płatów ziemi połączonych pomostami. przemieszczasz się po nich, próbując przedostać się z jednego strzępu ziemi do drugiego, ale co chwila z wody wyskakują jakieś stworzenia przypominające pijawki, może nawet piranie, które próbują cię ugryźć, a może nawet zabić. nie ma wyjścia, są tylko pomosty.

taki miałam sen. przejdźmy do rzeczywistości.

na rynku świeżo wydane Listy Allena Ginsberga. jeden z nich, adresowany do poety i krytyka Richarda Eberharta, zawiera wyjaśnienia na temat Skowytu – najsłynniejszego wiersza Ginsberga. tłumaczy on, że wiersz nie jest o negacji, to wizja świata, w którym żyjemy i akceptujemy. wiersz daje krok nad przepaścią, zostawiając za sobą przyjęte społeczne wartości , wywraca wszelkie koncepcje przyzwoitości, moralności, płytkiej dojrzałości, cywilizacji, a daje empatię dla indywidualistów.

film Porwanie Michela Houellebecqa. zawsze myślałam, że bunt oznacza wojnę, a Houllebecq prawdopodobnie pokazuje, że prawdopodobnie można wszystkich zrobić w konia, udając półsprawnego. prawdopodobnie, bo może nim jest. ale to jego Poszerzenie pola walki kazało nam zrozumieć czym jest pozorna wolność i  jaką krzywdę sobie zrobiliśmy.

na rynku też pierwsze polskie wydanie 4. tomu Dzienników Anais Nin. a tam m.in. na jednej stronie świat podzielony na dwa wrogie obozy. świat artysty i świat rzeczywistości. na pierwszy składa się radość, tworzenie, wolność i altruizm, na drugi chciwość, władza, wojna, interesowność, zepsucie, tępota i hipokryzja. świat artysty ≠ świat rzeczywistości.

tak sobie myślę zatem, że może powinna powstać taka abstrakcyjna fabuła na 200 stronach papieru, gdzie świat artysty przeniknie się ze światem rzeczywistości. coś na kształt chińska fabryka produkująca części kompletnie niepotrzebnego dobra luksusowego pośrodku francuskiego pola lawendy. a w tle samobójstwa z dachu, czy raczej z przemęczenia, niewolnictwo współczesne, białe kołnierzyki, napędzani złudzeniem władzy, o których pisano socjologiczne prace już w latach 50., a gdzieniegdzie pomosty. prowadzące do celu. nie mające na celu wywołanie w nas lepszego samopoczucia na zasadzie xanaxu, ale raczej mocnego uderzenia o beton.

Moja lista 10 książek, które coś tam coś tam

tumblr_m7efpb8ysU1qm7ewko1_500

Postanowiłam swoją listę przenieść tutaj. Nie będzie to lista książek, która odmieniła moje życie, bo szczerze mówiąc… bez przesady. Jeśli już, to wpływa, kształtuje, oraz co czasem ważniejsze od samej treści/fabuły, daje przyjemność z bycia czytelnikiem dobrego pisarskiego stylu. Co najgorsze, zawsze nie czytam tyle, ile bym chciała i mam jakby wbudowane w głowie coś, co regularnie i małymi dawkami, tak by starczyło do końca życia, wydziela poczucie winy.

Wściekłość i Duma oraz Siła rozumu, Oriana Fallaci, bo idąc na studia dziennikarskie była dla mnie autorytetem, bo jest mi najbardziej bliska w poglądach, stylu, bo za jej wiedzę, sposób budowania argumentów, pewność siebie, bo wyobrażam sobie, że sama powinnam usiąść i pod wpływem złości na świat, napisać to dokładnie w ten sam sposób.

Anna Karenina Tołstoja, nie tylko za namiętną miłość, ale przede wszystkim za wiedzę o społeczeństwie rosyjskim XIX-wieku, oraz za refleksje Tołstoja ustami Lewina – polityczne, religijne, społeczne, moralne.

Kunderę ogólnie za Nieznośną lekkość bytu, za Księgę śmiechu i zapomnienia, za Nieśmiertelność. Zanurzam się w pięknej prostocie jego zdań i mnie nie ma. Pojedyncze fragmenty/zdania przynoszące przyjemność z samego ich przeczytania. Dzięki niemu dojrzałam i doceniłam, że to wcale nie intelektualne pieprzenie jest fajne.

Chłopiec z latawcem, Khaled Hosseini, historia chłopięcej przyjaźni na tle przemian polityczno-społecznych w Afganistanie, zdrada, gwałt, emigracja. Książka, przez którą się naprawdę mocno popłakałam.

Przeciw interpretacji i inne eseje, Susan Sontag, a dlaczego to najlepiej opisuje to cytat z zakończenia tytułowego eseju:„nie potrzebujemy hermeneutyki, ale erotyki sztuki”, poza tym warto do tego dodać jej Dzienniki, tom I, który moim zdaniem jest znacznie ciekawszy od II. (Przy okazji raczej nie polecam Myśl to forma odczuwania, czyli wywiadu z Susan przeprowadzonego w latach 70-tych przez dziennikarza Rolling Stone, bo moim zdaniem nic nie wnosi). A przy okazji, to i Dzienniki Anais Nin, bo znam to uczucie, kiedy nie jesteś w stanie pomieścić w sobie tego wszystkiego.

Pasja życia, Irving Stone, zbeletryzowana biografia Van Gogha (bo jego mama miała na drugie Kornelia ;-) ) + Bezmiar sławy. Powieść z życia Camille’a Pissarra tego samego autora, bo po wizycie w Muzem d’Orsay, chciałam wiedzieć więcej o impresjonizmie, za którym stała paryska bohema XIX-wiecznego Paryża.

Michel Houellebecq, szczególnie wiadomo, że Poszerzenie pola walki, Cząstki elementarne oraz Mapa i terytorium, ale i Wrogowie Publiczni, czyli listy Houellebecqa oraz Bernarda – Henri Lévy’ego >> Michel, bo wiadomo, a Henri to dla mnie trochę udawana stylówka XIX-wiecznego intelektualisty (co mnie z początku denerwowało, ale później doceniłam), albo jak go gdzieśtamkiedyś nazwał Krzysztof Varga, Angelina Jolie francuskiej filozofii (co mnie rozbawiło).  Nieważne, właśnie to zestawienie zasługuje na uwagę.

Pani Bovary Flauberta >> sięgam po nią średnio raz na kilka lat i za każdym razem daje mi tyle samo przyjemności. Książka, która mnie rozumie (a potem wracam do świata i znów jest mi najzwyczajniej w świecie przykro) – wybaczcie, głupie to strasznie, ale nie potrafię tego inaczej nazwać.

Mistrz i Małgorzata Bułhakowa >> za bogactwo, za język, za pierwsze słowa Małgorzaty do Mistrza, czyli A podobają się panu moje kwiaty?

Tako rzecze Zaratustra, Nietzsche, przeczytałam kilka jego dzieł i tak sobie myślę, że właściwie to wystarczy przeczytać to  jedno.

Krytyka czystego rozumu Kanta, bo chcesz sobie strzelić w głowę, bo ogólnie, bo wyzwanie, bo chcesz zrozumieć, a nie jest łatwo.

… i mam nadzieję, że na oko wyszło 10.

Nie wiem na co będzie trzecia wojna światowa, ale czwarta będzie na pewno na maczugi*

imageedit_1_4715871829

*Albert Einstein.

Wchodzę dziś rano do metra i łapię dziennik Metro, na pierwszej stronie czytam TO JEST JUŻ WOJNA, na drugiej, że za 3 dni 75.  rocznica wybuchu II wojny światowej, ale i wyjaśnienie, że nie będą wcale pisać o uzbrojeniu naszej armii i sojuszach, bo w zamian chcą uchwycić atmosferę tych ostatnich dni przed wojną… rozmawiając o modzie lat 30-tych.

W mojej głowie dezorientacja. Miałam ochotę skoczyć po rurkę z kremem, niestety nie po drodze. Zapaliłam więc i obserwowałam ludzi, myśląc jednocześnie, jakie to niesamowite, jak bardzo nie docierają do nas komunikaty z pierwszych stron gazet. Nawet tytuły ogólnopolskich dzienników stały się projekcją, której nie traktujemy nazbyt poważnie.

Na Ukrainie ma miejsce „wojskowa interwencja Rosji” – czytamy. Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow zarzuca, że Zachód wskazywał na zdjęcia z kosmosu, m.in. mające potwierdzić zarzuty wobec Rosji, a one „okazały się grami komputerowymi” – czytamy. Mariupol szykuje się do obrony – czytamy. I co? A nic, rozmawiamy sobie o modzie z Karoliną Sulej, spoko jest, idę po rurkę z kremem.

I wiecie co, oby żadna wojna nie wybuchła, choć jak to powiedział kiedyś brytyjski polityk Powell, historia pełna jest wojen, o których każdy wiedział, że nie wybuchną.

Afrodyta jest nieskazitelnie piękna – bo bezmózga

imageedit_1_4844558481

Parafrazując, albo właściwie idąc wprost za Umberto Eco, kiedyś byłam niezdecydowana, ale teraz nie jestem już tego pewna.

To jest mniej więcej ten moment, że nawet nie uciekam do narracji w drugiej osobie, prawie staję przed lustrem ubrana tylko w pudrowy stanik, by nie naruszyć  pudrowego dreskodu świata, że miła, sympatyczna, bez pretensji, ale nie przepraszam. Z jednej strony jestem na siebie zła, że palę, piję, i od czasu do czasu stoję w kolejce do McDonalda, z drugiej jednak ustępuję starszym miejsca w transporcie miejskim i uśmiecham się do ludzi bez powodu naprawdę.

W celach lekko masochistycznych od czasu do czasu czytam Polityka Insight i Panowie w tych drogich za 1500 okularach napisali ostatnio, że gdyby po wojnie Polska znalazła się po drugiej stronie żelaznej kurtyny, jej PKP per capita wynosiłoby 15 tyś $, czyli o 1/3 więcej niż w rzeczywistości. Nie jest mi aż tak bardzo smutno, bo osobiście, choć nie jeżdżę wymarzonym autem, bo mnie na to nie stać, to zdarza mi się jeść dziki ryż z szałwią i szafranem, ale potem patrzę na stan naszych chodników, który wprost idealnie odzwierciedla stan szpitali, tych 30% niedożywionych dzieci i  już przypominam sobie, że też przez takich ludzi jak ja, nic się nie zmienia. I stoję w tym pieprzonym staniku pudrowym, tak to sobie wyobrażam, upinam włosy w kok, liczę niezliczone, ale spokój mnie jakoś nie dogania. Aż nagle przypominam sobie dwóch amerykańskich poetów i dwie rzeczy, które mają choć chwilowe, to bliskie działanie zapomnienia. Ezra Pound i zdanie, że Afrodyta jest nieskazitelnie piękna – bo bezmózga. I Hart Crane z jego wierszem:

Delfiny bawiły się cicho, sklepiając łukiem horyzonty,
aby zbudować pamięć dla ducha bram.

I wtedy czuję, że oni też to czuli. A potem czytam, że Crane w 1932 r., w wieku 33 lat popełnił samobójstwo. Tylko na pewno wcześniej nie zastanawiał się nad tym stojąc przed lustrem w pudrowym staniku.

Spokojnie, ja też noszę czarne.

Koreańska prezenterka nafaszerowana Xanaxem oraz kliknij enter, by wysłać rakietę

imageedit_2_3051795475

Jest tak: najpierw Korea Północna pokazuje w swoim najlepszym propagandowym nośniku, że wygrywają absolutnie wszystkie mecze na mundialu, lud wierzy, że jest nr 1 na świecie w piłce nożnej (to jest dopiero życie odklejone), koreańska prezenterka wygląda jak nafaszerowana Xanaxem, a teraz ktoś sobie klika w enter na Macu Air (tak to sobie wyobrażam przynajmniej) i zabija 298 osób. Żeby tego było mało, okazuje się, że na pokładzie było blisko 100 naukowców ds. walki z AIDS, którzy lecieli na międzynarodową konferencję poświęconą walce z AIDS w Melbourne, więc nie dość, że życie straciło blisko 300 osób, to możemy nie uratować kolejnych milionów, bo ponoć wiedza naukowców była niezastąpiona. Nie do końca wiem zatem co się dzieje, bo jeszcze wczoraj rano koncentrowałam się na tym, czy ugotować na kolację hinduskie, czy włoskie, a stojąc ze znajomymi z pracy przy stawie między wszystkimi biurowcami, dostrzegliśmy kaczki, stwierdziliśmy, że zostały one raczej zatrudnione, po czym wróciliśmy do środka. Następnie czytam, że jakiśtam ksiądz wczuwa się na mszy i śpiewa antyaborcyjną piosenkę: „Ja się boję śmietników, tam leżą szczątki mej twarzy” (tak, to się dzieje), 2 tyś. kobiet zgłosiło się do programu „Rolnik szuka żony” , Palikot chce urządzić happening pt. „Dzieci Chazana”, a Putin zdzwoni do premiera Holandii z kondolencjami (nie wiem nawet czy można to nazwać żartem abstrakcyjnym). Cytując uważam najlepszy komentarz w sieci dot. katastrofy, taka będzie wersja strony rosyjskiej: „Samolot innego mocarstwa na pokładzie którego znajdowało się 295 szpiegów,doprowadził do zderzenia z rosyjską rakietą, która wykonywała lot pokojowy nad terytorium Ukrainy.” Także wiecie co, apokalipsa nie nadejdzie. My już w niej żyjemy. Dlatego dziś piątek, a wiadomo co się robi w piątek.

Nigdy nie śpij z truskawką w ustach, bo internetem się udławisz

imageedit_1_7612889062

Chciałabym napisać, że hej, nie było mnie miesiąc, bo byłam na Providenciales [wyspa leżąca w archipelagu Turks i Caicosale], gdzie woda jest zabarwiona turkusowym pudrem, a po plaży chodzą różowe flemingi, ale to oczywiście nieprawda. Po prostu wylogowałam się z Matrixa.  Najchętniej napisałabym na ten temat książkę pod znakomitym i absurdalnym tytułem Nigdy nie śpij z truskawką w ustach, bo internetem się udławisz, o tym że cudownie jest się budzić, pić kawę, i zamiast łączyć się ze światem online, uprawiać seks, a następnie po prostu oddychać, jeść, spacerować, spać, i wszystkie te najfajniejsze czynności świata, ale przecież napisanie książki wymagałoby ode mnie romansu z laptopem przez kilka miesięcy do roku, i jeszcze tylko nocą, a do tego jeszcze nie dojrzałam. Dwa, po prostu zawsze chciałam napisać książkę z truskawką w tytule, bo od razu przychodzi mi na myśl scena z Nastassją Kinski z Tess Polańskiego, i mniejsza o treść, a przecież to jakby bez sensu.

Zamiast o truskawce i jej porno wersji, chciałam napisać o pięknej inicjatywie, której autorką jest studentka ASP Eugenia Wasylczenko. Dziewczyna zamiast popełniać popieprzone wystawy o niczym, które ostatnio oferuje nam zarówno CSW i Zachęta [naprawdę obie instytucje pozostawię bez komentarza, już lepiej siedzieć w parku i pić czystą, niż wychodzić z wystawy z lękami, które nie ustają przez kolejne 2h i sprawiają, że czujesz się, jakby ktoś ciebie właśnie zmolestował], stawia w centrum paczkomaty na wzór InPost [proponowałabym wejść we współpracę], które mają na celu pomagać bezdomnym. Akcja polega na tym, że na każdej szafce widnieje opis, czego potrzebuje konkretna osoba. Jedna saszetki rozpuszczalnej kawy, druga buty, śpiwór, etc. Chcesz – pomożesz, nie chcesz – przejdziesz obok. Projekt nazywa się Domni Bezdomni, a jego hasło przewodnie to Każdy może wylądować na ulicy. Idąc za słowami akcji, przyjdź na Plac Dąbrowskiego w Warszawie, zobacz, co jest potrzebne i wrzuć to do pojemnika.

Więcej o akcji TU [art Wyborcza] i TU [Facebook].

Eugenia, musisz być świetną dziewczyną.

1 2 3 4 10