Nie wiem na co będzie trzecia wojna światowa, ale czwarta będzie na pewno na maczugi*

imageedit_1_4715871829

*Albert Einstein.

Wchodzę dziś rano do metra i łapię dziennik Metro, na pierwszej stronie czytam TO JEST JUŻ WOJNA, na drugiej, że za 3 dni 75.  rocznica wybuchu II wojny światowej, ale i wyjaśnienie, że nie będą wcale pisać o uzbrojeniu naszej armii i sojuszach, bo w zamian chcą uchwycić atmosferę tych ostatnich dni przed wojną… rozmawiając o modzie lat 30-tych.

W mojej głowie dezorientacja. Miałam ochotę skoczyć po rurkę z kremem, niestety nie po drodze. Zapaliłam więc i obserwowałam ludzi, myśląc jednocześnie, jakie to niesamowite, jak bardzo nie docierają do nas komunikaty z pierwszych stron gazet. Nawet tytuły ogólnopolskich dzienników stały się projekcją, której nie traktujemy nazbyt poważnie.

Na Ukrainie ma miejsce „wojskowa interwencja Rosji” – czytamy. Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow zarzuca, że Zachód wskazywał na zdjęcia z kosmosu, m.in. mające potwierdzić zarzuty wobec Rosji, a one „okazały się grami komputerowymi” – czytamy. Mariupol szykuje się do obrony – czytamy. I co? A nic, rozmawiamy sobie o modzie z Karoliną Sulej, spoko jest, idę po rurkę z kremem.

I wiecie co, oby żadna wojna nie wybuchła, choć jak to powiedział kiedyś brytyjski polityk Powell, historia pełna jest wojen, o których każdy wiedział, że nie wybuchną.

Afrodyta jest nieskazitelnie piękna – bo bezmózga

imageedit_1_4844558481

Parafrazując, albo właściwie idąc wprost za Umberto Eco, kiedyś byłam niezdecydowana, ale teraz nie jestem już tego pewna.

To jest mniej więcej ten moment, że nawet nie uciekam do narracji w drugiej osobie, prawie staję przed lustrem ubrana tylko w pudrowy stanik, by nie naruszyć  pudrowego dreskodu świata, że miła, sympatyczna, bez pretensji, ale nie przepraszam. Z jednej strony jestem na siebie zła, że palę, piję, i od czasu do czasu stoję w kolejce do McDonalda, z drugiej jednak ustępuję starszym miejsca w transporcie miejskim i uśmiecham się do ludzi bez powodu naprawdę.

W celach lekko masochistycznych od czasu do czasu czytam Polityka Insight i Panowie w tych drogich za 1500 okularach napisali ostatnio, że gdyby po wojnie Polska znalazła się po drugiej stronie żelaznej kurtyny, jej PKP per capita wynosiłoby 15 tyś $, czyli o 1/3 więcej niż w rzeczywistości. Nie jest mi aż tak bardzo smutno, bo osobiście, choć nie jeżdżę wymarzonym autem, bo mnie na to nie stać, to zdarza mi się jeść dziki ryż z szałwią i szafranem, ale potem patrzę na stan naszych chodników, który wprost idealnie odzwierciedla stan szpitali, tych 30% niedożywionych dzieci i  już przypominam sobie, że też przez takich ludzi jak ja, nic się nie zmienia. I stoję w tym pieprzonym staniku pudrowym, tak to sobie wyobrażam, upinam włosy w kok, liczę niezliczone, ale spokój mnie jakoś nie dogania. Aż nagle przypominam sobie dwóch amerykańskich poetów i dwie rzeczy, które mają choć chwilowe, to bliskie działanie zapomnienia. Ezra Pound i zdanie, że Afrodyta jest nieskazitelnie piękna – bo bezmózga. I Hart Crane z jego wierszem:

Delfiny bawiły się cicho, sklepiając łukiem horyzonty,
aby zbudować pamięć dla ducha bram.

I wtedy czuję, że oni też to czuli. A potem czytam, że Crane w 1932 r., w wieku 33 lat popełnił samobójstwo. Tylko na pewno wcześniej nie zastanawiał się nad tym stojąc przed lustrem w pudrowym staniku.

Spokojnie, ja też noszę czarne.

Koreańska prezenterka nafaszerowana Xanaxem oraz kliknij enter, by wysłać rakietę

imageedit_2_3051795475

Jest tak: najpierw Korea Północna pokazuje w swoim najlepszym propagandowym nośniku, że wygrywają absolutnie wszystkie mecze na mundialu, lud wierzy, że jest nr 1 na świecie w piłce nożnej (to jest dopiero życie odklejone), koreańska prezenterka wygląda jak nafaszerowana Xanaxem, a teraz ktoś sobie klika w enter na Macu Air (tak to sobie wyobrażam przynajmniej) i zabija 298 osób. Żeby tego było mało, okazuje się, że na pokładzie było blisko 100 naukowców ds. walki z AIDS, którzy lecieli na międzynarodową konferencję poświęconą walce z AIDS w Melbourne, więc nie dość, że życie straciło blisko 300 osób, to możemy nie uratować kolejnych milionów, bo ponoć wiedza naukowców była niezastąpiona. Nie do końca wiem zatem co się dzieje, bo jeszcze wczoraj rano koncentrowałam się na tym, czy ugotować na kolację hinduskie, czy włoskie, a stojąc ze znajomymi z pracy przy stawie między wszystkimi biurowcami, dostrzegliśmy kaczki, stwierdziliśmy, że zostały one raczej zatrudnione, po czym wróciliśmy do środka. Następnie czytam, że jakiśtam ksiądz wczuwa się na mszy i śpiewa antyaborcyjną piosenkę: „Ja się boję śmietników, tam leżą szczątki mej twarzy” (tak, to się dzieje), 2 tyś. kobiet zgłosiło się do programu „Rolnik szuka żony” , Palikot chce urządzić happening pt. „Dzieci Chazana”, a Putin zdzwoni do premiera Holandii z kondolencjami (nie wiem nawet czy można to nazwać żartem abstrakcyjnym). Cytując uważam najlepszy komentarz w sieci dot. katastrofy, taka będzie wersja strony rosyjskiej: „Samolot innego mocarstwa na pokładzie którego znajdowało się 295 szpiegów,doprowadził do zderzenia z rosyjską rakietą, która wykonywała lot pokojowy nad terytorium Ukrainy.” Także wiecie co, apokalipsa nie nadejdzie. My już w niej żyjemy. Dlatego dziś piątek, a wiadomo co się robi w piątek.

Nigdy nie śpij z truskawką w ustach, bo internetem się udławisz

imageedit_1_7612889062

Chciałabym napisać, że hej, nie było mnie miesiąc, bo byłam na Providenciales [wyspa leżąca w archipelagu Turks i Caicosale], gdzie woda jest zabarwiona turkusowym pudrem, a po plaży chodzą różowe flemingi, ale to oczywiście nieprawda. Po prostu wylogowałam się z Matrixa.  Najchętniej napisałabym na ten temat książkę pod znakomitym i absurdalnym tytułem Nigdy nie śpij z truskawką w ustach, bo internetem się udławisz, o tym że cudownie jest się budzić, pić kawę, i zamiast łączyć się ze światem online, uprawiać seks, a następnie po prostu oddychać, jeść, spacerować, spać, i wszystkie te najfajniejsze czynności świata, ale przecież napisanie książki wymagałoby ode mnie romansu z laptopem przez kilka miesięcy do roku, i jeszcze tylko nocą, a do tego jeszcze nie dojrzałam. Dwa, po prostu zawsze chciałam napisać książkę z truskawką w tytule, bo od razu przychodzi mi na myśl scena z Nastassją Kinski z Tess Polańskiego, i mniejsza o treść, a przecież to jakby bez sensu.

Zamiast o truskawce i jej porno wersji, chciałam napisać o pięknej inicjatywie, której autorką jest studentka ASP Eugenia Wasylczenko. Dziewczyna zamiast popełniać popieprzone wystawy o niczym, które ostatnio oferuje nam zarówno CSW i Zachęta [naprawdę obie instytucje pozostawię bez komentarza, już lepiej siedzieć w parku i pić czystą, niż wychodzić z wystawy z lękami, które nie ustają przez kolejne 2h i sprawiają, że czujesz się, jakby ktoś ciebie właśnie zmolestował], stawia w centrum paczkomaty na wzór InPost [proponowałabym wejść we współpracę], które mają na celu pomagać bezdomnym. Akcja polega na tym, że na każdej szafce widnieje opis, czego potrzebuje konkretna osoba. Jedna saszetki rozpuszczalnej kawy, druga buty, śpiwór, etc. Chcesz – pomożesz, nie chcesz – przejdziesz obok. Projekt nazywa się Domni Bezdomni, a jego hasło przewodnie to Każdy może wylądować na ulicy. Idąc za słowami akcji, przyjdź na Plac Dąbrowskiego w Warszawie, zobacz, co jest potrzebne i wrzuć to do pojemnika.

Więcej o akcji TU [art Wyborcza] i TU [Facebook].

Eugenia, musisz być świetną dziewczyną.

Buena Vista Social Club zagrali na pogrzebie Fidela Castro

imageedit_6_3241099532

Ostatnio zadzwonił do mnie kolega, powiedział: wiesz, w godzinach 9-17 czuję się jakbym miał autyzm, czy to normalne? Odpowiedziałam wtedy: powiedzmy, praca to projekcja, a po projekcji idzie się do domu.

Problem polega na tym, że powiedziałam to trochę od niechcenia, trochę na zasadzie: mówię, ostatecznie od małego wiem, czym jest system porządku świata, a w głowie mam listę zakupów, które muszę dokonać w Carrefour pod domem i czy na pewno kupiłam w zeszłym tygodniu Domestos? Problem polega na tym, że go okłamałam. Bo de facto w projekcji jesteśmy zawsze. Może nie we śnie, czyli to jak w kinie z przerwą na siku. Ale nawet w toalecie patrzą, obserwują, oceniają, a ty przez milisekundę masz w głowie scenę z Lśnienia, po czym wracasz do projekcji i rzeczesz: proszę, toaleta wolna. Osoba się uśmiecha, a tak naprawdę myśli: jaka miła, zaraz zwymiotuję, i ma tą fajną sukienkę, i wcale nie wygląda w niej dobrze. A ty myślisz: jacy wszyscy sztuczni, zaraz zwymiotuję. I najchętniej wszyscy byśmy stanęli w rzędzie i tak sobie wymiotowali. I to robimy. Nieustannie się przecież krztusimy. Wszyscy, z różnicą tą, że tylko 1% robiąc to, wie, że to robi i wie przez co to robi. A na końcu to akceptuje.

To poniekąd pamfil. Raz jesteś walet trefl, inaczej nazywanym dupkiem żołędnym, a raz damą. Dostosowujesz się do miejsca, osób, a nawet pory dnia. Z założenia wiesz, że ludzie są raczej niemili, bo media sprzedały im wzór w filmach produkcji klasy C, że wtedy inni, którzy też klasę C oglądali, będą ciebie szanowali. Ale ty też rano wstajesz i patrząc w lustro jesteś nawet niemiły dla siebie, potem chcesz być miły, ale inni nie są, więc i ty nie jesteś, a w pracy to już w ogóle jest przekrój wszystkich ról Hollywood, z akcentem na Fight Club, Metodę, Hudsucker Proxy braci Coen, czy z polskiej sceny teatru telewizji, Ketchupu Schroedera, gdzie Nowakowski przedstawił środowisko ludzi reklamy i degenerujące ich mechanizmy.

Ostatni dowód na to, że żyjemy w projekcji to tytuł dzisiejszego wydania najpoczytniejszej gazety w tym kraju: Nasz papież wpuścił Jaruzelskiego do nieba. Teraz czekam na dzień, w którym zobaczę nagłówek: Buena Vista Social Club zagrali na pogrzebie Fidela Castro, świeciło słońce, niebo bez chmur, a goście zajadali się Arroz Frito. Gotowała Nigella.

I będę Twoja na zawsze, Mick

imageedit_1_2864440143

Niedziela, godz. 22.00. Czy wiesz, że Jaruzelski nie żyje? / Nie wiem. / Umarł, teraz już naprawdę. || I myślę sobie, że znów dla pokolenia minus y będą pisać nie żyje ojciec znanej stylistki. Asekuracyjnie kontynuuję niewchodzenie do internetu. Pod domem Polonia to kurwy. Dresy rozmawiają o Piłsudskim, popijając Lecha. Lecha.

Niedziela/poniedziałek, noc. W śnie jestem w związku z Mickiem Jaggerem. Mieszkam gdzieś na wzgórzach el ej, uprawiamy seks. Budzę się, i myjąc zęby, zadaję sobie pytanie czy to nie kwalifikuje się pod terapię. W końcu Mick ma coś z rodzaju stu lat. A ja uprawiałam z nim seks. Później na szczęście dochodzi do mnie, że to nie ja powinnam iść na terapię, bo przecież akceptuję wszystkie reguły postępowania życiowego, płacę na czas rachunki, i wiem, że należy szanować zieleń.  To ludzie, którym nie śnią się takie sny, powinny iść na terapię. Bo świat, który odzwierciedla bezmyślną grę w chińczyka, gdzie ludzie przesuwają się do przodu, kiedy to przejście do przodu nie wymaga myślenia, a jedynie rzutu kostką, jest naprawdę nie do zniesienia bez abstrakcji. Kończę myć zęby, myślę sobie fajny seks, fajny wniosek, miły dzień.

Poniedziałek, 8.20, tam, gdzie kupuje się kawę w kartonowym czymś. Starszy pan przede mną pyta, co sądzę o sukcesie JKM, gdyż właśnie będzie rozmawiał o tym ze swoimi studentami. Pytam profesora, czy czytał Tango Mrożka. Przytakuje. Polityka to absurdalna mieszanka wszystkiego ze wszystkim – mówię, parafrazując fabułę książki, a profesor proponuje, że z przyjemnością za tę odpowiedź zapłaci za moją kawę. Na koniec życzymy sobie miłego dnia.

Poniedziałek, 10.30. Kliczko nowym merem Kijowa. PiS wygrywa wybory, a we Francji skrajna prawica z Frontu Narodowego. Idą zmiany, a my spędzimy lato nad Wisłą, udając, że picie Yerba Mate jest wystarczającą negacją wszystkiego. Z czego 99% wcale nie będzie udawać. Mick, gdzie jesteś?

 

Gdzie są moje poziomki?

imageedit_5_3520149990

Chcesz być na Instagramie.

W końcu nie przepuszczasz tam przez milion filtrów zdjęć ze stanu umysłu, a wege coś tam z marchwi i lasek wanilii, w obecności koktajlu jogurtowego z awokado i milionem ziaren czegośtam, albo wszystkiego tego takiego. Ma być pastelowo. Ma być ładnie. Ma być.

Zdjęcia pozbawione karuzeli rzeczywistości. Nie kręci się. Nie że nie ma pieniędzy, nałogów, leków, problemów. Jest perfekcyjnie napisany scenariusz każdego odcinka. Chcesz apartament z przeszkloną ścianą magazynową w stylu Soho i dostawę kosza malin dziennie. Ujarzmiony luksus z Manhattanu, angielska dostojność i jeszcze szczypta spokojnej prowansalskiej wsi to przepis na azyl w tętniącym życiem mieście.

Ale nie przejmujesz się, bo gdy idziesz na wernisaż i patrzysz jakie to treści promieniują ze ścian, uderzają w ciebie, to przecież nie dlatego częstują wszystkich szóstą lampką czerwonego wina z dyskontu. A alternatywy jutra okazują się mylące. Nie ma poziomek, bo nie chcą urosnąć na tym pieprzonym parapecie, czyli albo Biedronka oszukała z obietnicą za 1,29, albo już sama właściwie nie wiesz, kto tu kogo oszukuje. I tęsknisz za wagą estetycznego odczuwania rzeczywistości, upodobania do pewnego rodzaju realności, do żywej i prawdziwej. I wiesz, że teatr wyrósł właśnie z tęsknot metafizycznych, dlatego odmawiasz czasem uczestnictwa.

Życie bliskie eksperymentom kubistycznym Picassa, czyli zjeść arbuza, a potem seks

imageedit_3_6383461780

Było sobie takie miasto. Żyli w nim tak groteskowi ludzie, że można było ich łatwo przerobić. Mówili, chodzili, a nawet tworzyli dzieła na zasadzie pomalowałem ścianę czarnym markerem i obrzuciłem ją żółtkami, a następnie polałem to wszystko sokiem z jabłka i buraków, jednodniowym, ze sklepu z kratami i plakatami loterii wszelakich, a dzieło nazwałem wirus z nienarodzoną kurą, płynnym jabłkiem i rozcieńczonym burakiem. Takie było to miejsce. Trudno było być normalnym. Próbowali przez kilka minut, ale było to najnudniejsze kilka minut w ich życiu. Było to miasto, gdzie kobiece buty porzucone przy łóżku oznaczało czuły pośpiech, gdzie wśród cekinów żyły arlekiny, gdzie miara była tu względna, nie absolutna, gdzie okna płonęły kwiatami szyb, gdzie drżały ciała po lubrykancie, gdzie doznania wzrokowe najwolniej przenikały do mózgu, gdzie flesze naświetlały mózgi chorobą cywilizacyjną która nie posiada jeszcze nazwy, ale do 2036 na pewno posiadać będzie, gdzie życie było bliskie eksperymentom kubistycznym Picassa, a w istnieniu tkwiła sprzeczność. Miasto, gdzie zupełnie jak w drugim przykazaniu manifestu futuryzmu, zasadniczymi składnikami była odwaga, śmiałość i bunt, gdzie udawało się, że czyta Dantego, Tołstoja, Goethego, że odróżnia neo od post, że słucha Wagnera, Montaigne’a, Beethovena, albo  gorzej, bo ogólnie dyletantyzm, a idąc za tym słowem, i cały pozostały bełkot.

Miasto spłonęło.

A później wszystko trzeba było wymyślić na nowo i wykonać zamach na samego siebie ze znajomością rzeczy i metody wielkiego chirurga. Ewentualnie miłości, czy innego LSD. I wejść w szerszy system, do którego inni nie będą mieli dostępu. I zjeść arbuza, a potem uprawiać seks.

Jedynie w świecie pornografii wszystko można i trzeba pokazać

imageedit_1_9342700470Masz wrażenie, że jedynie siedząc na swoim kiblu nie jesteś trochę w cyrku. Bo trochę zawsze jesteś. Możesz być śliczną małpką, dobrze odchowaną, podskakującą. Parafrazując Vargę, możesz taplać się w swojej brokatowej pustce i rzucać brokatem w publiczność, w twarz, w oczy, co właściwie robi już większość, jakby był to wyznacznik statusu. A możesz też udawać tygryska i to wcale nie tresowanego. Wszystko możesz. Możesz nawet iść do psychologa i bawić się w cyrk dwuosobowy. Jeśli oczywiście wolisz 180 zł wydać na 40 min. monolog, zamiast np. na pół biletu gdzieśtam, byle daleko i może być nawet Wizzairem.

Co czytasz w toalecie? – pytam, nie odpowiada. Ale dobrze, bo nie jestem pewna trafności oceny, jeśli bym jej dokonała, skoro przez ponad kilka miesięcy miałam w toalecie Freuda „Marzenia senne”, a obok biografię Jobsa. Dysonans. Aktualnie nie mam nic, czyli właściwie też bym na to pytanie nie odpowiedziała. Potem ona mówi, że to piękne w sumie, że obok domu jest działka, a na niej białe gołębie, na co on odpowiada krótko: a na chuj ci te gołębie?

A wiesz, że Google finansuje ok. 140 różnych fundacji, think tanków i NGO’sów? – znów pytam, lecz w zamian słyszę, że w sumie to ciekawe, że żyję ucieczką przed urokiem, które rzuca na mnie telewizja i internet. Czy ja wiem, czy ciekawe – myślę, i wracam do lobbingu Google, choć jakoś trudno mi uwierzyć, że wyszukiwarka może rządzić światem. Z kolei Rafał na Twitterze napisał, że miłość (i 100 milionów dolarów) to wszystko czego potrzebujesz.

Nie wiem o czym jest powyższy tekst, ale czy wy wiecie o czym jest wasze życie?

W samym swetrze zimno dreszcze wieje w twarz

tumblr_leqwpzlWm91qd2uw5o1_500

Ubrana w sam sweter przed kolana i czerwone rozmazane od coca-coli usta wyszłam po północy przed dom mój zapalić papierosa i…

wieje mi prosto w twarz uratuje myśl melodia leci mi w głowie i wieje i myśl i nie wiem już czy melodia czy uratuje ale liście z drzew na ziemi śpią faktycznie choć patrzę w tamtą stronę i widzę leży ten sam pędzel tam od roku bardzo fajna perspektywa myślę i zaciągam się i chyba duszę pokasłuję prawie umieram i leci łza i druga więc wszystko w normie żyję a nawet płaczę bez płaczu jakby a liście śpią dalej i cisza głucha miasto śpi oni śpią on śpi choć tu wszystko z tektury prawie jak w życiu i kościół jeden dwa trzy cztery gdzieś za mną pięć i sześć a jestem dziewicą przepraszam że robiłam wszystkie złe rzeczy nie tylko w łóżku żałuję tych poza łóżkiem w sumie dlaczego by tak nie zapalić jeszcze jednego jak się rzuciło w końcu slim i malboro czarne mocne i w samym swetrze i chanelu ze zniżką sephora dni piękna 20% i perfumach coco madamoiselle na szczęście nie z allegro i na szczęście jeszcze madamoiselle a nie madame ale one nie na szczęście bo z paryża lotniska co prawda przysłał z żalu i pretensji innymi słowy patrz co straciłaś bo wierzysz w inną rzeczywistość i znów zimno dreszcze wieje w twarz delikatna skóra prawie pęka z zimna drży drżę tylko dlaczego nie po seksie a przed snem i jaka perspektywa dlaczego się nią karmię jak idiotka nadzieją na lepsze jutro na lepsze którego nie ma bo on śpi kiedy ja palę i nie tu tylko tam

ale uratuje myśl melodia uratuje mnie

Bajka o życiu przepuszczonym przez Instagrama, czyli mieszkanie w Linnéstaden

Linnéstaden to tzw. dystrykt Goteborgu, jednego z moich ulubionych szwedzkich miast (drugiego co do wielkości w Szwecji).  Linnéstaden to miejsce wyjątkowo magiczne, dlatego zamiast pisać ogólnie o skandynawskim stylu mieszkań, postanowiłam się dziś skupić wyłącznie na tej części miasta i pokazać Wam prawdziwe skandynawskie wnętrza, których styl roboczo nazywam Linné :-) Bo wszystkie są bardzo do siebie podobne, przepuszczone jakby przez jeden filtr Instagrama.

Oto widok z jednego z mieszkań na główną ulicę tej części, Linnégatan:

SFDEF7F7FE3DCC14A2F8B6CE6D186E4958B

Wszystkie mieszkania mają tu klimat właśnie ze względu na przepiękne nowoczesne kamienice, które widać powyżej. Już przy okazji mojego pierwszego wpisu u skandynawskich wnętrzach pisałam, że tak naprawdę jeśli mamy duże drewniane okna i niestandardowy rozkład, niewiele już potrzeba do stworzenia mieszkania idealnego. Oczywiście to tylko tyle i aż tyle, bo w Polsce znalezienie takiego mieszkania graniczy z cudem. Ceny mieszkań w Linnéstaden? Oczywiście tanio nie jest, średnio 16-25 tyś zł/m2. W tym większość mieszkań na sprzedaż to mieszkania powyżej 100 m2. Przykładowo za mieszkanie 118 m2 (4 pokoje) na tej ulicy zapłacimy 4 895 000 kr, czyli w przybliżeniu 2 295 000 zł.

A teraz przejdźmy do meritum /wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości agencji nieruchomości Alvhemmakler/ :

SFD19C9A97E45ED460AA29D6133DCC22726_0

SFD30AC23C5A5174E2799BCDE0A2FF8AF15_0

SFD78D74860FE19495CA51AEC6CB4526817

SFD94A5C122CF70426DA31D95FB0095A5FA

SFDA58B0853BA364EA298FD89288E1F51AA_0

SFDAAF021897367497D8D5DADD87E3AC041

SFDBD413678E654449BAF54240D1A844FD9_0

SFDC9B6B34A6E6045E68A88F2033DB56CB7

SFD117857163C144591A9F427E10130A362

SFDA7286FB863F745C680706BE1209EA0BD

Podoba się Wam?

Kochanie, chodź, usiądź. Teraz świadomie się rozstaniemy

koko

Kochanie, czas, by świadomie się rozstać. Tak, dziś. Nie, proszę, nie patrz tak na mnie, nie powinno to być dla Ciebie przecież trudne, bo świadomie też staliśmy się parą, pamiętasz? Pamiętam ten dzień. Była noc, przyjechałeś po mnie, zeszłam na dół, nie pamiętam jak ubrana, ale musiało się tobie podobać, bo patrzyłeś na mnie dokładnie tak, jak chciałam, byś patrzył. Zapewne świadomie patrzyłeś. Świadomie też wyobraziłeś sobie moje ciało w twoim łóżku. Takie wyobrażenia podpowiada tylko świadomość. Świadomie też zapragnąłeś, bym została twoją dziewczyną. Ale co już na pewno – świadomie się we mnie zakochałeś. A ja całkowicie świadomie odwzajemniłam to uczucie. Świadomie, przecież nie byliśmy pod żadnym wpływem. Dopamina też uwalniana jest za pomocą świadomości, więc tego wpływu nie wliczam do rejestru naszej świadomości.

Byliśmy naprawdę wyjątkowi – jako pierwsi na świecie połączyliśmy słowa świadomość i zakochanie.

Miesiące leciały. Byliśmy wciąż świadomą parą, bo wciąż zakochaną, a u nas jedno łączyło się z drugim, pamiętasz? Wszystko było świadome. Dni, w których gotowałeś dla nas, a potem kochaliśmy się w kuchni, centymetr od ognia? Świadome. Dni, kiedy w niepamięć szły nieporozumienia? Świadome. Nie przebacza się przecież z uczucia. Kiedy za tobą tęskniłam już po kilku godzinach od twojego wyjścia? Świadomie. A dzień, w którym miałam do ciebie pretensje, bo koncentrowałam się na emocjach, nie życiu? Czekaj, byłam zakochana, więc pewnie świadoma swoich błędów w chwili ich popełniania. Bo pamiętasz, wyjątkowo u nas zakochanie łączyło się ze świadomością.

A więc nie patrz na mnie, jakbyś nie rozumiał, bo rozumiesz zapewne doskonale. Chciałeś świadomego uczucia, to masz świadome rozstanie. Coś się nie zgadza? Masz rację, wszystko powyżej. Mam jednak nadzieję, że spotkasz tą świadomą dziewczynę, z którą będzie ciebie łączyło całkowicie świadome uczucie  i świadomie nie popełnicie żadnych błędów. Bo nieważne zakochanie, ważna świadomość. I w ogóle mam nadzieję, że ona istnieje. I że takie wszystko popieprzone świadome sprawi, że będziesz szczęśliwy. Bo ja nie jestem.

Udajemy, że Polska to centrum handlowe Złote Tarasy

imageedit_7_3356700733

Masz muśnięte policzki różem za 279 zł, zakupionym w plastikowej alejce perfumerii na S. Masz też maskarę waterproof za 129 zł, właściwie stop – kupioną w zestawie z cieniami za 119 zł, więc wielka promocja, kupiłaś nie dość, że zestaw w luksusowej kosmetyczce made in china za pół centa, to całą tą ściemę, że oszczędziłaś. Ale nie martw się – codziennie kupujesz inną ściemę, z różnicą tą, że perfumeryjne choć trochę sprawiają, że czujesz, że jesteś tego warta.

Po pierwsze, jak usłyszałam, że Kidawa-Błońska mówi u Piaseckiego w Kontrwywiadzie, że “premier ani razu nie skłamał, ani razu nie oszukał” oraz „że premier nie ma drukarni pieniędzy”, to myślałam, że spadnę z krzesła. Coś w rodzaju przekaz dla ludzi z IQ poniżej poziomu morza. Zgodzę się, że państwo musi pomagać nie tylko rodzicom chorych dzieci, ale prawda jest taka, że państwo powinno choć w pewnym stopniu pomagać słabszym. Bo od tego jest państwo. Mówienie o tym, że może dostaną 1000 zł? Hm, na kaszę z mlekiem? Czy mieszkanie w kontenerze? Nawet w obozach dla uchodźców w Grecji przeznacza się więcej na osobę. Jest 2014, cukier kosztuje 5 zł. Ale na igrzyska jest, na wiele bzdurnych rzeczy też jest. A może od drugiej strony. Co z projektem ustawy o rodzinnych domach pomocy społecznej dla osób niepełnosprawnych, który od kilku lat leży w sejmie? Może warto sobie przypomnieć? Aha nie, bo nie dotyczy większości, których potrzebne są głosy przy najbliższych wyborach? Tylko hasła Europa, autostrady, Europa? Tylko jaka Europa ja się pytam? To jest Europa: w Szwecji na każde dziecko do 16. roku życia dostaje się 1050 koron miesięcznie, czyli około 450 zł. Potem, jeśli się uczy, jeszcze więcej. Rodzice mają 480 dni urlopu rodzicielskiego. 480. 40% ojców korzysta, dzielą się albo po połowie, albo jak się dogadają. Bo zazwyczaj się dogadują. A jak jest u nas? 30% dzieci niedożywionych, a my udajemy, że Polska to centrum handlowe Złote Tarasy, bo Obama ma nas odwiedzić 4 czerwca. Co mnie interesuje Obama? To jakaś zastępcza retoryka? To ja już wolę o pudrach.

Co za tym wszystkim idzie, tylko 17% Polaków deklaruje, że nie rozważa wyjazdu z Polski za pracą. Co zrobić, żeby tylko 17% rozważało wyjazd pytał w Magazynie EKG Maciej Głogowski swoich gości. Usłyszeliśmy, że to globalizacja i inne takie ładne ciekawe hasła, na temat których powstają prace naukowe, ale czy ja wiem? Mniemam, że to raczej nie Wieża Eiffla kręci ludzi w Paryżu, a to, że jeśli kobieta urodzi trójkę dzieci, dostanie co miesiąc 2 000 euro dodatku. Ale jak to mówi jeden komentarz pod artykułem na TOK FM sprawa jest prosta: mądre narody żyją w dobrobycie, a głupie w biedzie. Nie chcę się z tym zgadzać w pełni, ale czasem jakby przyjmuję do wiadomości.