Nocleg w hotelu, przylot do Polski, jesteś podła

imageedit_1_8055241178

Kornelia,

nie chcę ciebie tu, ale zabiorę w miejsce z którego  helikopter MI – 8 zabierze nas w miejsce z którego rozpoczniemy wędrówkę. W miejsce. Miejsce rozpoczęcia wędrówki uzależnione będzie od panujących warunków lodowych. Miejsce, miejsce, miejsce, Ty. Potem niezapomniany nocleg w namiotach wyprawowych na dryfujących krach lodu. Nie będę z tobą uprawiał seksu, prędzej bym cię zabił. Dotrzemy do Bieguna Północnego, skąd będziesz mogła zadzwonić i opowiedzieć w jak niezwykłym znajdujesz się miejscu! Helikopter zabierze nas do bazy Barneo Ice Camp, a wieczorem odlecimy do Longyearbyen, miejsce, nocleg w hotelu, miejsce, przylot do Polski, jesteś podła.

 

X,

udław się. Skopiowałeś połowę tekstu.

 

Kornelia,

wiadomo.

 

X,

Aldousa Huxleya też byś przestał kopiować. Wszyscy głupi, nikt nie dostrzegł?

 

Kornelia,

antyutopio, czytałaś.

 

X,

uwielbiam nowe ubranka. A stare ubranka są brzydkie. Zawsze wyrzucamy stare ubranka. Lepszy nowy wzór niż łatanie dziur. Dużo łat nędzny świat.

 

Kornelia,

teraz, sloganem hipnopedycznym?!

 

X,

jeden sześcienny centymetr i znika ponury sentyment; Nie czytałam, oszalałeś?

 

Kornelia,

żartowałem. Nie mogłabyś zadzwonić.

 

X,

nie pojechałabym, drzwi percepcji są tylko jedne.

Strasznie to wszystko durne

imageedit_1_8525964729

najpierw chciałam dać tytuł „życie jest absurdem”, ale pomyślałam, że wy pomyślicie. a przecież nikt z nas nie chce, by ktoś coś pomyślał. później dałam tytuł „nie każdy wie, że lalka barbie ma najczęściej problem ze stawem biodrowym”, bo barbie, bo problem, bo ona też, więc na jedno wychodzi. ale stanęło na powyższym, postanowione. postanowiłam też sobie pisać z małych liter. dużo rzeczy sobie postanawiam ostatnio, taki u mnie całoroczny sylwester trochę, ale oczywiście też i styczeń, bo nic nie wdrażam w życie. bo jest mi przykro, że tak bardzo wiem, że życie jest absurdem. jednak. wy też wiecie, ale wszyscy nie mamy trochę wyjścia, by albo udawać inaczej, albo szukać balansu, zen, jeść kiełki, powtarzać sobie, że tylko spokój nas uratuje, myśleć zamiennie z nie za dużo myśleć,  a później leżeć w kocu z bawełny australijskiej popijając melisę z jagodami goji, w kropce sukcesu sprawdzać swoje notowania na giełdzie. albo w exelu. albo raportach. czy starczy na kredyt. czy mogę jej kupić ten z czerwonym rubinem, albo nie, to pojedziemy do azji, a nie, teraz nie azja, teraz brazylia, ale może kupimy dom, bo chcesz ogródek i swoje pomidorki cherry, ale nie, bo więcej godzin będę pracował,  a wiesz, dziecko nam urosło, a może drugie, nie, nie chcesz stracić swojego slim fit, S, 36, oczywiście, rozumiem, ja też chcę, byś była seksem, bym nie musiał cię zdradzać i zapisywać się na tenisa, by nie rozmawiać z tobą w poniedziałki o zakupach papieru toaletowego. także.

ale powyższy akapit to małe odreagowanie kilku minut z kobiecym magazynem. wiem, że mają one za zadanie inspirować, podnosić na duchu, że ty też możesz, umiesz, i wszystko, szczególnie ten jeden, ale nie ma najnowszego numeru jeszcze w sprzedaży, więc nie będę tu o tytułach. mnie w każdym razie zdołował. wszystko bardzo zen, wszyscy bardzo mądrzy życiowo, nagle kończy lat 30 i ona teraz już wie, gówno wie, wyobrażam sobie powiedziałby Ginsberg, bo nikt nic nie wie, i wiesz, że wszystko fajnie, bo nie ma wyjścia i w dobie przesytu konsumpcjonizmem i wyścigiem za właściwie do dziś nie wiadomo czym, warto pójść w ten zen, minimalizm, prostotę, tylko wciąż – strasznie to wszystko durne. bo ile można szukać balansu wiedząc, że i tak wszyscy wiszą na tych huśtawkach emocji. że każdy w końcu się budzi i wie, że to nie. że nawet ten absurd jest absurdem.

i nagle dochodzi do jakiejś niezwykłej eksplozji wyobraźni, i znowu od początku, co lepsze, i właściwie dlaczego.

wiecie, że Michel Foucault w latach 1970-1984 zasiadał w Collège de France na specjalnie stworzonej dla siebie katedrze „Historia systemów myślenia”? a jego drugą publikacją była „Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu”? nie wiem, uznałam to za interesujące.

 

chińska fabryka produkująca status klasy średniej pośrodku francuskiego pola lawendy

imageedit_1_5193956509

wyobraźmy sobie miejsce przypominające azjatycką wyspę. ale wyspa nie jest wyspą, a strzępami kilkumetrowych płatów ziemi połączonych pomostami. przemieszczasz się po nich, próbując przedostać się z jednego strzępu ziemi do drugiego, ale co chwila z wody wyskakują jakieś stworzenia przypominające pijawki, może nawet piranie, które próbują cię ugryźć, a może nawet zabić. nie ma wyjścia, są tylko pomosty.

taki miałam sen. przejdźmy do rzeczywistości.

na rynku świeżo wydane Listy Allena Ginsberga. jeden z nich, adresowany do poety i krytyka Richarda Eberharta, zawiera wyjaśnienia na temat Skowytu – najsłynniejszego wiersza Ginsberga. tłumaczy on, że wiersz nie jest o negacji, to wizja świata, w którym żyjemy i akceptujemy. wiersz daje krok nad przepaścią, zostawiając za sobą przyjęte społeczne wartości , wywraca wszelkie koncepcje przyzwoitości, moralności, płytkiej dojrzałości, cywilizacji, a daje empatię dla indywidualistów.

film Porwanie Michela Houellebecqa. zawsze myślałam, że bunt oznacza wojnę, a Houllebecq prawdopodobnie pokazuje, że prawdopodobnie można wszystkich zrobić w konia, udając półsprawnego. prawdopodobnie, bo może nim jest. ale to jego Poszerzenie pola walki kazało nam zrozumieć czym jest pozorna wolność i  jaką krzywdę sobie zrobiliśmy.

na rynku też pierwsze polskie wydanie 4. tomu Dzienników Anais Nin. a tam m.in. na jednej stronie świat podzielony na dwa wrogie obozy. świat artysty i świat rzeczywistości. na pierwszy składa się radość, tworzenie, wolność i altruizm, na drugi chciwość, władza, wojna, interesowność, zepsucie, tępota i hipokryzja. świat artysty ≠ świat rzeczywistości.

tak sobie myślę zatem, że może powinna powstać taka abstrakcyjna fabuła na 200 stronach papieru, gdzie świat artysty przeniknie się ze światem rzeczywistości. coś na kształt chińska fabryka produkująca części kompletnie niepotrzebnego dobra luksusowego pośrodku francuskiego pola lawendy. a w tle samobójstwa z dachu, czy raczej z przemęczenia, niewolnictwo współczesne, białe kołnierzyki, napędzani złudzeniem władzy, o których pisano socjologiczne prace już w latach 50., a gdzieniegdzie pomosty. prowadzące do celu. nie mające na celu wywołanie w nas lepszego samopoczucia na zasadzie xanaxu, ale raczej mocnego uderzenia o beton.

Moja lista 10 książek, które coś tam coś tam

tumblr_m7efpb8ysU1qm7ewko1_500

Postanowiłam swoją listę przenieść tutaj. Nie będzie to lista książek, która odmieniła moje życie, bo szczerze mówiąc… bez przesady. Jeśli już, to wpływa, kształtuje, oraz co czasem ważniejsze od samej treści/fabuły, daje przyjemność z bycia czytelnikiem dobrego pisarskiego stylu. Co najgorsze, zawsze nie czytam tyle, ile bym chciała i mam jakby wbudowane w głowie coś, co regularnie i małymi dawkami, tak by starczyło do końca życia, wydziela poczucie winy.

Wściekłość i Duma oraz Siła rozumu, Oriana Fallaci, bo idąc na studia dziennikarskie była dla mnie autorytetem, bo jest mi najbardziej bliska w poglądach, stylu, bo za jej wiedzę, sposób budowania argumentów, pewność siebie, bo wyobrażam sobie, że sama powinnam usiąść i pod wpływem złości na świat, napisać to dokładnie w ten sam sposób.

Anna Karenina Tołstoja, nie tylko za namiętną miłość, ale przede wszystkim za wiedzę o społeczeństwie rosyjskim XIX-wieku, oraz za refleksje Tołstoja ustami Lewina – polityczne, religijne, społeczne, moralne.

Kunderę ogólnie za Nieznośną lekkość bytu, za Księgę śmiechu i zapomnienia, za Nieśmiertelność. Zanurzam się w pięknej prostocie jego zdań i mnie nie ma. Pojedyncze fragmenty/zdania przynoszące przyjemność z samego ich przeczytania. Dzięki niemu dojrzałam i doceniłam, że to wcale nie intelektualne pieprzenie jest fajne.

Chłopiec z latawcem, Khaled Hosseini, historia chłopięcej przyjaźni na tle przemian polityczno-społecznych w Afganistanie, zdrada, gwałt, emigracja. Książka, przez którą się naprawdę mocno popłakałam.

Przeciw interpretacji i inne eseje, Susan Sontag, a dlaczego to najlepiej opisuje to cytat z zakończenia tytułowego eseju:„nie potrzebujemy hermeneutyki, ale erotyki sztuki”, poza tym warto do tego dodać jej Dzienniki, tom I, który moim zdaniem jest znacznie ciekawszy od II. (Przy okazji raczej nie polecam Myśl to forma odczuwania, czyli wywiadu z Susan przeprowadzonego w latach 70-tych przez dziennikarza Rolling Stone, bo moim zdaniem nic nie wnosi). A przy okazji, to i Dzienniki Anais Nin, bo znam to uczucie, kiedy nie jesteś w stanie pomieścić w sobie tego wszystkiego.

Pasja życia, Irving Stone, zbeletryzowana biografia Van Gogha (bo jego mama miała na drugie Kornelia ;-) ) + Bezmiar sławy. Powieść z życia Camille’a Pissarra tego samego autora, bo po wizycie w Muzem d’Orsay, chciałam wiedzieć więcej o impresjonizmie, za którym stała paryska bohema XIX-wiecznego Paryża.

Michel Houellebecq, szczególnie wiadomo, że Poszerzenie pola walki, Cząstki elementarne oraz Mapa i terytorium, ale i Wrogowie Publiczni, czyli listy Houellebecqa oraz Bernarda – Henri Lévy’ego >> Michel, bo wiadomo, a Henri to dla mnie trochę udawana stylówka XIX-wiecznego intelektualisty (co mnie z początku denerwowało, ale później doceniłam), albo jak go gdzieśtamkiedyś nazwał Krzysztof Varga, Angelina Jolie francuskiej filozofii (co mnie rozbawiło).  Nieważne, właśnie to zestawienie zasługuje na uwagę.

Pani Bovary Flauberta >> sięgam po nią średnio raz na kilka lat i za każdym razem daje mi tyle samo przyjemności. Książka, która mnie rozumie (a potem wracam do świata i znów jest mi najzwyczajniej w świecie przykro) – wybaczcie, głupie to strasznie, ale nie potrafię tego inaczej nazwać.

Mistrz i Małgorzata Bułhakowa >> za bogactwo, za język, za pierwsze słowa Małgorzaty do Mistrza, czyli A podobają się panu moje kwiaty?

Tako rzecze Zaratustra, Nietzsche, przeczytałam kilka jego dzieł i tak sobie myślę, że właściwie to wystarczy przeczytać to  jedno.

Krytyka czystego rozumu Kanta, bo chcesz sobie strzelić w głowę, bo ogólnie, bo wyzwanie, bo chcesz zrozumieć, a nie jest łatwo.

… i mam nadzieję, że na oko wyszło 10.

Nie wiem na co będzie trzecia wojna światowa, ale czwarta będzie na pewno na maczugi*

imageedit_1_4715871829

*Albert Einstein.

Wchodzę dziś rano do metra i łapię dziennik Metro, na pierwszej stronie czytam TO JEST JUŻ WOJNA, na drugiej, że za 3 dni 75.  rocznica wybuchu II wojny światowej, ale i wyjaśnienie, że nie będą wcale pisać o uzbrojeniu naszej armii i sojuszach, bo w zamian chcą uchwycić atmosferę tych ostatnich dni przed wojną… rozmawiając o modzie lat 30-tych.

W mojej głowie dezorientacja. Miałam ochotę skoczyć po rurkę z kremem, niestety nie po drodze. Zapaliłam więc i obserwowałam ludzi, myśląc jednocześnie, jakie to niesamowite, jak bardzo nie docierają do nas komunikaty z pierwszych stron gazet. Nawet tytuły ogólnopolskich dzienników stały się projekcją, której nie traktujemy nazbyt poważnie.

Na Ukrainie ma miejsce „wojskowa interwencja Rosji” – czytamy. Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow zarzuca, że Zachód wskazywał na zdjęcia z kosmosu, m.in. mające potwierdzić zarzuty wobec Rosji, a one „okazały się grami komputerowymi” – czytamy. Mariupol szykuje się do obrony – czytamy. I co? A nic, rozmawiamy sobie o modzie z Karoliną Sulej, spoko jest, idę po rurkę z kremem.

I wiecie co, oby żadna wojna nie wybuchła, choć jak to powiedział kiedyś brytyjski polityk Powell, historia pełna jest wojen, o których każdy wiedział, że nie wybuchną.

Afrodyta jest nieskazitelnie piękna – bo bezmózga

imageedit_1_4844558481

Parafrazując, albo właściwie idąc wprost za Umberto Eco, kiedyś byłam niezdecydowana, ale teraz nie jestem już tego pewna.

To jest mniej więcej ten moment, że nawet nie uciekam do narracji w drugiej osobie, prawie staję przed lustrem ubrana tylko w pudrowy stanik, by nie naruszyć  pudrowego dreskodu świata, że miła, sympatyczna, bez pretensji, ale nie przepraszam. Z jednej strony jestem na siebie zła, że palę, piję, i od czasu do czasu stoję w kolejce do McDonalda, z drugiej jednak ustępuję starszym miejsca w transporcie miejskim i uśmiecham się do ludzi bez powodu naprawdę.

W celach lekko masochistycznych od czasu do czasu czytam Polityka Insight i Panowie w tych drogich za 1500 okularach napisali ostatnio, że gdyby po wojnie Polska znalazła się po drugiej stronie żelaznej kurtyny, jej PKP per capita wynosiłoby 15 tyś $, czyli o 1/3 więcej niż w rzeczywistości. Nie jest mi aż tak bardzo smutno, bo osobiście, choć nie jeżdżę wymarzonym autem, bo mnie na to nie stać, to zdarza mi się jeść dziki ryż z szałwią i szafranem, ale potem patrzę na stan naszych chodników, który wprost idealnie odzwierciedla stan szpitali, tych 30% niedożywionych dzieci i  już przypominam sobie, że też przez takich ludzi jak ja, nic się nie zmienia. I stoję w tym pieprzonym staniku pudrowym, tak to sobie wyobrażam, upinam włosy w kok, liczę niezliczone, ale spokój mnie jakoś nie dogania. Aż nagle przypominam sobie dwóch amerykańskich poetów i dwie rzeczy, które mają choć chwilowe, to bliskie działanie zapomnienia. Ezra Pound i zdanie, że Afrodyta jest nieskazitelnie piękna – bo bezmózga. I Hart Crane z jego wierszem:

Delfiny bawiły się cicho, sklepiając łukiem horyzonty,
aby zbudować pamięć dla ducha bram.

I wtedy czuję, że oni też to czuli. A potem czytam, że Crane w 1932 r., w wieku 33 lat popełnił samobójstwo. Tylko na pewno wcześniej nie zastanawiał się nad tym stojąc przed lustrem w pudrowym staniku.

Spokojnie, ja też noszę czarne.

Koreańska prezenterka nafaszerowana Xanaxem oraz kliknij enter, by wysłać rakietę

imageedit_2_3051795475

Jest tak: najpierw Korea Północna pokazuje w swoim najlepszym propagandowym nośniku, że wygrywają absolutnie wszystkie mecze na mundialu, lud wierzy, że jest nr 1 na świecie w piłce nożnej (to jest dopiero życie odklejone), koreańska prezenterka wygląda jak nafaszerowana Xanaxem, a teraz ktoś sobie klika w enter na Macu Air (tak to sobie wyobrażam przynajmniej) i zabija 298 osób. Żeby tego było mało, okazuje się, że na pokładzie było blisko 100 naukowców ds. walki z AIDS, którzy lecieli na międzynarodową konferencję poświęconą walce z AIDS w Melbourne, więc nie dość, że życie straciło blisko 300 osób, to możemy nie uratować kolejnych milionów, bo ponoć wiedza naukowców była niezastąpiona. Nie do końca wiem zatem co się dzieje, bo jeszcze wczoraj rano koncentrowałam się na tym, czy ugotować na kolację hinduskie, czy włoskie, a stojąc ze znajomymi z pracy przy stawie między wszystkimi biurowcami, dostrzegliśmy kaczki, stwierdziliśmy, że zostały one raczej zatrudnione, po czym wróciliśmy do środka. Następnie czytam, że jakiśtam ksiądz wczuwa się na mszy i śpiewa antyaborcyjną piosenkę: „Ja się boję śmietników, tam leżą szczątki mej twarzy” (tak, to się dzieje), 2 tyś. kobiet zgłosiło się do programu „Rolnik szuka żony” , Palikot chce urządzić happening pt. „Dzieci Chazana”, a Putin zdzwoni do premiera Holandii z kondolencjami (nie wiem nawet czy można to nazwać żartem abstrakcyjnym). Cytując uważam najlepszy komentarz w sieci dot. katastrofy, taka będzie wersja strony rosyjskiej: „Samolot innego mocarstwa na pokładzie którego znajdowało się 295 szpiegów,doprowadził do zderzenia z rosyjską rakietą, która wykonywała lot pokojowy nad terytorium Ukrainy.” Także wiecie co, apokalipsa nie nadejdzie. My już w niej żyjemy. Dlatego dziś piątek, a wiadomo co się robi w piątek.

Nigdy nie śpij z truskawką w ustach, bo internetem się udławisz

imageedit_1_7612889062

Chciałabym napisać, że hej, nie było mnie miesiąc, bo byłam na Providenciales [wyspa leżąca w archipelagu Turks i Caicosale], gdzie woda jest zabarwiona turkusowym pudrem, a po plaży chodzą różowe flemingi, ale to oczywiście nieprawda. Po prostu wylogowałam się z Matrixa.  Najchętniej napisałabym na ten temat książkę pod znakomitym i absurdalnym tytułem Nigdy nie śpij z truskawką w ustach, bo internetem się udławisz, o tym że cudownie jest się budzić, pić kawę, i zamiast łączyć się ze światem online, uprawiać seks, a następnie po prostu oddychać, jeść, spacerować, spać, i wszystkie te najfajniejsze czynności świata, ale przecież napisanie książki wymagałoby ode mnie romansu z laptopem przez kilka miesięcy do roku, i jeszcze tylko nocą, a do tego jeszcze nie dojrzałam. Dwa, po prostu zawsze chciałam napisać książkę z truskawką w tytule, bo od razu przychodzi mi na myśl scena z Nastassją Kinski z Tess Polańskiego, i mniejsza o treść, a przecież to jakby bez sensu.

Zamiast o truskawce i jej porno wersji, chciałam napisać o pięknej inicjatywie, której autorką jest studentka ASP Eugenia Wasylczenko. Dziewczyna zamiast popełniać popieprzone wystawy o niczym, które ostatnio oferuje nam zarówno CSW i Zachęta [naprawdę obie instytucje pozostawię bez komentarza, już lepiej siedzieć w parku i pić czystą, niż wychodzić z wystawy z lękami, które nie ustają przez kolejne 2h i sprawiają, że czujesz się, jakby ktoś ciebie właśnie zmolestował], stawia w centrum paczkomaty na wzór InPost [proponowałabym wejść we współpracę], które mają na celu pomagać bezdomnym. Akcja polega na tym, że na każdej szafce widnieje opis, czego potrzebuje konkretna osoba. Jedna saszetki rozpuszczalnej kawy, druga buty, śpiwór, etc. Chcesz – pomożesz, nie chcesz – przejdziesz obok. Projekt nazywa się Domni Bezdomni, a jego hasło przewodnie to Każdy może wylądować na ulicy. Idąc za słowami akcji, przyjdź na Plac Dąbrowskiego w Warszawie, zobacz, co jest potrzebne i wrzuć to do pojemnika.

Więcej o akcji TU [art Wyborcza] i TU [Facebook].

Eugenia, musisz być świetną dziewczyną.

Buena Vista Social Club zagrali na pogrzebie Fidela Castro

imageedit_6_3241099532

Ostatnio zadzwonił do mnie kolega, powiedział: wiesz, w godzinach 9-17 czuję się jakbym miał autyzm, czy to normalne? Odpowiedziałam wtedy: powiedzmy, praca to projekcja, a po projekcji idzie się do domu.

Problem polega na tym, że powiedziałam to trochę od niechcenia, trochę na zasadzie: mówię, ostatecznie od małego wiem, czym jest system porządku świata, a w głowie mam listę zakupów, które muszę dokonać w Carrefour pod domem i czy na pewno kupiłam w zeszłym tygodniu Domestos? Problem polega na tym, że go okłamałam. Bo de facto w projekcji jesteśmy zawsze. Może nie we śnie, czyli to jak w kinie z przerwą na siku. Ale nawet w toalecie patrzą, obserwują, oceniają, a ty przez milisekundę masz w głowie scenę z Lśnienia, po czym wracasz do projekcji i rzeczesz: proszę, toaleta wolna. Osoba się uśmiecha, a tak naprawdę myśli: jaka miła, zaraz zwymiotuję, i ma tą fajną sukienkę, i wcale nie wygląda w niej dobrze. A ty myślisz: jacy wszyscy sztuczni, zaraz zwymiotuję. I najchętniej wszyscy byśmy stanęli w rzędzie i tak sobie wymiotowali. I to robimy. Nieustannie się przecież krztusimy. Wszyscy, z różnicą tą, że tylko 1% robiąc to, wie, że to robi i wie przez co to robi. A na końcu to akceptuje.

To poniekąd pamfil. Raz jesteś walet trefl, inaczej nazywanym dupkiem żołędnym, a raz damą. Dostosowujesz się do miejsca, osób, a nawet pory dnia. Z założenia wiesz, że ludzie są raczej niemili, bo media sprzedały im wzór w filmach produkcji klasy C, że wtedy inni, którzy też klasę C oglądali, będą ciebie szanowali. Ale ty też rano wstajesz i patrząc w lustro jesteś nawet niemiły dla siebie, potem chcesz być miły, ale inni nie są, więc i ty nie jesteś, a w pracy to już w ogóle jest przekrój wszystkich ról Hollywood, z akcentem na Fight Club, Metodę, Hudsucker Proxy braci Coen, czy z polskiej sceny teatru telewizji, Ketchupu Schroedera, gdzie Nowakowski przedstawił środowisko ludzi reklamy i degenerujące ich mechanizmy.

Ostatni dowód na to, że żyjemy w projekcji to tytuł dzisiejszego wydania najpoczytniejszej gazety w tym kraju: Nasz papież wpuścił Jaruzelskiego do nieba. Teraz czekam na dzień, w którym zobaczę nagłówek: Buena Vista Social Club zagrali na pogrzebie Fidela Castro, świeciło słońce, niebo bez chmur, a goście zajadali się Arroz Frito. Gotowała Nigella.

I będę Twoja na zawsze, Mick

imageedit_1_2864440143

Niedziela, godz. 22.00. Czy wiesz, że Jaruzelski nie żyje? / Nie wiem. / Umarł, teraz już naprawdę. || I myślę sobie, że znów dla pokolenia minus y będą pisać nie żyje ojciec znanej stylistki. Asekuracyjnie kontynuuję niewchodzenie do internetu. Pod domem Polonia to kurwy. Dresy rozmawiają o Piłsudskim, popijając Lecha. Lecha.

Niedziela/poniedziałek, noc. W śnie jestem w związku z Mickiem Jaggerem. Mieszkam gdzieś na wzgórzach el ej, uprawiamy seks. Budzę się, i myjąc zęby, zadaję sobie pytanie czy to nie kwalifikuje się pod terapię. W końcu Mick ma coś z rodzaju stu lat. A ja uprawiałam z nim seks. Później na szczęście dochodzi do mnie, że to nie ja powinnam iść na terapię, bo przecież akceptuję wszystkie reguły postępowania życiowego, płacę na czas rachunki, i wiem, że należy szanować zieleń.  To ludzie, którym nie śnią się takie sny, powinny iść na terapię. Bo świat, który odzwierciedla bezmyślną grę w chińczyka, gdzie ludzie przesuwają się do przodu, kiedy to przejście do przodu nie wymaga myślenia, a jedynie rzutu kostką, jest naprawdę nie do zniesienia bez abstrakcji. Kończę myć zęby, myślę sobie fajny seks, fajny wniosek, miły dzień.

Poniedziałek, 8.20, tam, gdzie kupuje się kawę w kartonowym czymś. Starszy pan przede mną pyta, co sądzę o sukcesie JKM, gdyż właśnie będzie rozmawiał o tym ze swoimi studentami. Pytam profesora, czy czytał Tango Mrożka. Przytakuje. Polityka to absurdalna mieszanka wszystkiego ze wszystkim – mówię, parafrazując fabułę książki, a profesor proponuje, że z przyjemnością za tę odpowiedź zapłaci za moją kawę. Na koniec życzymy sobie miłego dnia.

Poniedziałek, 10.30. Kliczko nowym merem Kijowa. PiS wygrywa wybory, a we Francji skrajna prawica z Frontu Narodowego. Idą zmiany, a my spędzimy lato nad Wisłą, udając, że picie Yerba Mate jest wystarczającą negacją wszystkiego. Z czego 99% wcale nie będzie udawać. Mick, gdzie jesteś?

 

Gdzie są moje poziomki?

imageedit_5_3520149990

Chcesz być na Instagramie.

W końcu nie przepuszczasz tam przez milion filtrów zdjęć ze stanu umysłu, a wege coś tam z marchwi i lasek wanilii, w obecności koktajlu jogurtowego z awokado i milionem ziaren czegośtam, albo wszystkiego tego takiego. Ma być pastelowo. Ma być ładnie. Ma być.

Zdjęcia pozbawione karuzeli rzeczywistości. Nie kręci się. Nie że nie ma pieniędzy, nałogów, leków, problemów. Jest perfekcyjnie napisany scenariusz każdego odcinka. Chcesz apartament z przeszkloną ścianą magazynową w stylu Soho i dostawę kosza malin dziennie. Ujarzmiony luksus z Manhattanu, angielska dostojność i jeszcze szczypta spokojnej prowansalskiej wsi to przepis na azyl w tętniącym życiem mieście.

Ale nie przejmujesz się, bo gdy idziesz na wernisaż i patrzysz jakie to treści promieniują ze ścian, uderzają w ciebie, to przecież nie dlatego częstują wszystkich szóstą lampką czerwonego wina z dyskontu. A alternatywy jutra okazują się mylące. Nie ma poziomek, bo nie chcą urosnąć na tym pieprzonym parapecie, czyli albo Biedronka oszukała z obietnicą za 1,29, albo już sama właściwie nie wiesz, kto tu kogo oszukuje. I tęsknisz za wagą estetycznego odczuwania rzeczywistości, upodobania do pewnego rodzaju realności, do żywej i prawdziwej. I wiesz, że teatr wyrósł właśnie z tęsknot metafizycznych, dlatego odmawiasz czasem uczestnictwa.

Życie bliskie eksperymentom kubistycznym Picassa, czyli zjeść arbuza, a potem seks

imageedit_3_6383461780

Było sobie takie miasto. Żyli w nim tak groteskowi ludzie, że można było ich łatwo przerobić. Mówili, chodzili, a nawet tworzyli dzieła na zasadzie pomalowałem ścianę czarnym markerem i obrzuciłem ją żółtkami, a następnie polałem to wszystko sokiem z jabłka i buraków, jednodniowym, ze sklepu z kratami i plakatami loterii wszelakich, a dzieło nazwałem wirus z nienarodzoną kurą, płynnym jabłkiem i rozcieńczonym burakiem. Takie było to miejsce. Trudno było być normalnym. Próbowali przez kilka minut, ale było to najnudniejsze kilka minut w ich życiu. Było to miasto, gdzie kobiece buty porzucone przy łóżku oznaczało czuły pośpiech, gdzie wśród cekinów żyły arlekiny, gdzie miara była tu względna, nie absolutna, gdzie okna płonęły kwiatami szyb, gdzie drżały ciała po lubrykancie, gdzie doznania wzrokowe najwolniej przenikały do mózgu, gdzie flesze naświetlały mózgi chorobą cywilizacyjną która nie posiada jeszcze nazwy, ale do 2036 na pewno posiadać będzie, gdzie życie było bliskie eksperymentom kubistycznym Picassa, a w istnieniu tkwiła sprzeczność. Miasto, gdzie zupełnie jak w drugim przykazaniu manifestu futuryzmu, zasadniczymi składnikami była odwaga, śmiałość i bunt, gdzie udawało się, że czyta Dantego, Tołstoja, Goethego, że odróżnia neo od post, że słucha Wagnera, Montaigne’a, Beethovena, albo  gorzej, bo ogólnie dyletantyzm, a idąc za tym słowem, i cały pozostały bełkot.

Miasto spłonęło.

A później wszystko trzeba było wymyślić na nowo i wykonać zamach na samego siebie ze znajomością rzeczy i metody wielkiego chirurga. Ewentualnie miłości, czy innego LSD. I wejść w szerszy system, do którego inni nie będą mieli dostępu. I zjeść arbuza, a potem uprawiać seks.

Jedynie w świecie pornografii wszystko można i trzeba pokazać

imageedit_1_9342700470Masz wrażenie, że jedynie siedząc na swoim kiblu nie jesteś trochę w cyrku. Bo trochę zawsze jesteś. Możesz być śliczną małpką, dobrze odchowaną, podskakującą. Parafrazując Vargę, możesz taplać się w swojej brokatowej pustce i rzucać brokatem w publiczność, w twarz, w oczy, co właściwie robi już większość, jakby był to wyznacznik statusu. A możesz też udawać tygryska i to wcale nie tresowanego. Wszystko możesz. Możesz nawet iść do psychologa i bawić się w cyrk dwuosobowy. Jeśli oczywiście wolisz 180 zł wydać na 40 min. monolog, zamiast np. na pół biletu gdzieśtam, byle daleko i może być nawet Wizzairem.

Co czytasz w toalecie? – pytam, nie odpowiada. Ale dobrze, bo nie jestem pewna trafności oceny, jeśli bym jej dokonała, skoro przez ponad kilka miesięcy miałam w toalecie Freuda „Marzenia senne”, a obok biografię Jobsa. Dysonans. Aktualnie nie mam nic, czyli właściwie też bym na to pytanie nie odpowiedziała. Potem ona mówi, że to piękne w sumie, że obok domu jest działka, a na niej białe gołębie, na co on odpowiada krótko: a na chuj ci te gołębie?

A wiesz, że Google finansuje ok. 140 różnych fundacji, think tanków i NGO’sów? – znów pytam, lecz w zamian słyszę, że w sumie to ciekawe, że żyję ucieczką przed urokiem, które rzuca na mnie telewizja i internet. Czy ja wiem, czy ciekawe – myślę, i wracam do lobbingu Google, choć jakoś trudno mi uwierzyć, że wyszukiwarka może rządzić światem. Z kolei Rafał na Twitterze napisał, że miłość (i 100 milionów dolarów) to wszystko czego potrzebujesz.

Nie wiem o czym jest powyższy tekst, ale czy wy wiecie o czym jest wasze życie?